Światłem po sierści.
Miało być o kotach,muzyce,sporcie czymś tam niespełnionym...no i jeszcze o jednym-fotografii. Na
każdym kroku spotykam się z zachwytami nad moimi pseudo fotkami. I muszę przyznać,że troszkę
mi z tym nie twarzowo. No bo w sumie tak:żadnych kursów,szkoły tylko co nieco książek i
albumów. Czuję się jak jakiś dzikus na wystawnym przyjęciu pod krawatem. No ale od pieca.
Pierwszy kontakt z fotografią-stary,wysłużony zenit. Obsługiwany przez kompletnego amatora w
żaden sposób nie mógł pokazać swoich możliwości. Tak więc-porażka. Po długiej przerwie
pojawiły się jakieś zautomatyzowane,plastikowe okropności co przy amatorskim podejściu i
słabych możliwościach sprzętu-kompletna klapa. I tu następuje długa przerwa i w sumie nic nie
wskazywało na to,że nawet najmniejszy palec kiedykolwiek spuści migawkę. Ale,ale... Życie bywa
pełne niespodzianek...okrytych sierścią. W nasze życie wkroczył dumnie(to akurat jest silnie
naciągane-pierwszą dobę spędził za kuchenką) pierwszy kot,Misiek.
No dobra jest zwierzak
całkiem urodziwy warto by uwiecznić. Ale czym? W mieszkaniu jak w większości lokali
mieszkalnych jest ciemnawo. Komórka odpada,wariaty odpadają bo za każdym razem straszą
fotografowany obiekt wyskakującą pseudo lampą. Lustrzanka? No ale z czym do ludzi,nawet nie
wiadomo gdzie to ma przód gdzie tył. I nie ma obiektywu i lampy... Ale wychodzę tu na przeciw
wszystkim tym,którzy postrzegają ludzi zajmujących się muzyką za nieobliczalnych i szalonych-taki
jestem,zaszalałem. Bolało,strasznie bolało...w portfel. Ale stało się. Jest sprzęt,jakiś tam kitowy
obiektyw i... D...uże nic. No przecież nie wezmę kota na smycz po osiedlu bo ze strachu nie
wyjdzie z za kuchenki przez pół roku. Trzeba robić zdjęcia w pomieszczeniu. Wszystkie
ciemne,nieostre,barwowo nie do przyjęcia. No tak-trzeba przełknąć tę żabę i pogodzić się ze stratą
oszczędności i brakiem jakiegokolwiek talentu do robienia zdjęć. Jako człowiek nieodpowiedzialny
zamiast najpierw chociaż coś przeczytać,popodglądać-kupił sprzęt i sobie na niego spogląda...z za
sierści. Czasem jednak warto stanąć pod tak zwaną ścianą. Rozpoczął się długotrwały czas
trudnej miłości do sprzętu-nieodwzajemnionej. I tu pojawia się odpowiedź na częste pytanie: jak
pan to robi,że zwierzęta tak panu pozują? Moje to zaraz uciekają i się chowają:( Otóż jeśli
pana,pani zwierzakowi zrobiono by setki nieudanych zdjęć to w końcu by zrezygnowały i
zapozowały-z litości. Tak tak-setki zdjęć,setki prób w ustawieniach czyli tak zwana praktyka. Niby
nic wielkiego ale jak to mówią sportowcy-trening czyni miszczem lub czymś tam takim. Sprzęt się
stopniowo ulepszał,pojawiła się lampa i stała się jasność. Kolejne setki kiczowatych zdjęć.
Następny mur do przebicia-dobrze,że głowa twardawa. Pojawia się kolejny kot a właściwie kotka Balbina.
Słodkie liliowe maleństwo. Taka piękność musi mieć odpowiednie portfolio. Zaciskam zęby
i palec na spuście-klapa. Kolejny obiekt,który po pewnym czasie zaczyna współpracować-z litości.
Ale zdjęcia-takie sobie. Zostają podjęte nieudaczne próby samodokształcenia. Są pewne efekty:kot
na zdjęciu zaczyna przypominać kota. W domu,w którym są dwa pełnosprawne płciowo koty
musi w końcu się zakocić...Tak też się stało. Piątka ślicznych,puchatych maluszków.
Aż się proszą
o piękne zdjęcia! Teraz albo nigdy...Pomału z mozołem pojawiają się przebłyski w miarę
przyzwoitych zdjęć. I tak to trwa do dziś. Na zdjęciach oprócz kotów pojawiają się ludzie,krajobrazy
ale muszę przyznać,że nie mam jeszcze tego fotograficznego graala. Może nigdy go nie
będzie...Ale nie martwcie się. Będę próbował:) p.s. niebawem odrobina fotograficznej kuchni...




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz